Obóz letni – Pojezierze Augustowskie 2016

Dzień pierwszy.

Podróż zajęła nam około 9 godzin. Większość drogi każdy przespał ze względu na to że bardzo wcześnie wstaliśmy. Podczas podróży autokarem KO-wcy włączali filmy. Na miejscu rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko, na którym wspólnie przyrządziliśmy ciepłą strawę. Wspólnymi siłami zapracowaliśmy na saunę. Po zebraniu zarządu odbyła się plenerowa społeczność (odprawa).

Dzień drugi.

Pobudka i poranne obrządki przebiegały sprawnie, po śniadaniu wybraliśmy się do p. Andrzeja Strumiłło - właściciela galerii rodzinnej. Jak zwykle prowadził nas Trutka nieznanymi mu drogami. Gdy dotarliśmy do starej chaty malarza okazało się, że jest to piękny folwark położony na pokaźnym obszarze. Teren porośnięty był pięknymi lipami i modrzewiem, a całość położona była na lekkim wzniesieniu schodzącym ku Czarnej Hańczy. Pan Andrzej w swoim dobytku oprócz licznych dzieł sztuki posiada również kilka koni krwi arabskiej. W drodze powrotnej zapoznaliśmy czworonoga, który odprowadził nas do obozowiska i spędził z nami miły wieczór przy kolacji. W między czasie do obozowiska przyjechały kajaki, na których poćwiczyliśmy pierwsze zamaszyste ruchy. W ten sposób upłynął nam wieczór. Aha, o mały włos zapomniałem wspomieć, że siatkonoga którą ogarnął nam Anioł to był miły akcent kończący dzień drugi. Po kilkudziesięciu meczykach zwołana została społeczność interwencyjna, na której okazało się, że duża kawa z Orlenu jest nieuczciwa:)

Dzień trzeci.

W końcu nadszedł wyczekiwany dzień spływu właściwego. Po śniadaniu wszyscy się spakowali, wspólnie posprzątaliśmy obozowisko i wypłynęliśmy krętą rzeką do następnego pola namiotowego. Podczas przeprawy nie mogło się obejść bez komicznych sytuacji jak odpoczynek niezłomnej ekipy z Canoe na mieliźnie, po którym zaczepili się na konarze i próbójąc z niego spłynąć kręcili się w kółko jak małe samochodziki. Ogólnie było śmiesznie nawet jak ludzie walcząc z przeszkodami łamali swoje wiosła. Nie obyło się bez chwil grozy podczas przepływania obok łabędzi. Uważam, że nasza pierwsza rzeczna przeprawa wypadła znakomicie. Wszystkich zaskoczyła ekipa z Canoe bo mimo trudności jakie ich spotkały przypłynęli jako czwarci w ogólnej klasyfikacji i jako pierwsi ze wszystkich Canoe jakie brały udział w spływie. Po wyjściu na suchy ląd zjedliśmy ciepłą zupę i rozbiliśmy namioty. Część społeczności znowu integrowała się podczas gry w siatko-nogę inni natomiast byli zajęci skokami do wody. W ten sposób zleciał nam czas do kolacji, po której odbyła się odprawa. Po odprawie nastała pora snu ponieważ następnego dnia trzeba znowu wiosłować.

Dzień czwarty.

Poranek zapowiadał się znakomicie gdyż już na końcowych wartach słonko przebijało się przez chmury. Po śniadaniu zaczęliśmy się pakować, a w trakcie tego wybuchła wojna na społeczności interwencyjnej pomiędzy kadrą, a kierownikiem kuchni, która z racji na doświadczenie i wiedzę była jednostronna, ale kierownik walczył ile tylko miał sił. Po kilku słownych bitwach mogliśmy już zasiąść do kajaków i ruszać w dalszą podróż. Dzisiejsza przeprawa różniła się od wczorajszej ponieważ pływaliśmy po jeziorach, w których poziom wody różnił się wysokością dlatego też przepływaliśmy po śluzach. Na jednej z nich do jednego z kajaków wpadł wąż wielki i ogromny. Pierwszy w panikę wpadł Artur i omal nie wyskoczył z kajaka. Widząc jego przerażenie również Gołąbek zaczął panikować. Żeby poradzić sobie z bestią Artur i Gołąbek musieli się wycofać ze śluzy aby wyjść z kajaka . Gdy już z niego wyszli Gołąbek stoczył walkę z bestią, która okazała się wężykiem grubości małego palca od ręki i długości sznurowadła. Po pokonaniu wszystkich śluz wpłynęliśmy na bardzo płytką rzeczkę na końcu której musieliśmy na barkach przenosić kajaki przez ulicę. W trakcie przenosin lunął deszcz i w tym deszczu pokonaliśmy ostatni odcinek tego dnia po wzburzonym jeziorze. Dobiliśmy w dobrych humorach do Bora Camp. Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy i zabraliśmy się za zbieranie drewna. Pogoda trochę się poprawiła więc znalazł się też czas na pływanie. Tak spędziliśmy czwarty dzień.

Dzień piąty.

Dziś nocujemy również na Bora Camp, dlatego pobudkę mięliśmy o 9:00. Krótko po przebudzeniu nasza Sportowa (pseudonim operacyjny Chodakowska) poprowadziła pierwszą na naszym obozie rozgrzewkę . Obyło się bez eRek za brak obuwia sportowego. Po krótkim rozruchu w miejscu pobiegliśmy w klapkach drogą leśną powiedzmy tam i z powrotem. Dalej kolejno zjedliśmy śniadanko co prawda opóźnione, ale za to smaczne, odbyła się również godzina sportu, która trwała półtorej godziny. Dostępne były 3 możliwości jej spędzenia: pływanie, piłka wodna oraz siatkówka. Po sporcie przygotowaliśmy krupnik na obiad w międzyczasie słuchając historii Marcina. Następnie integrowaliśmy się przy siatkówce, skokach do wody, a niektórzy wybrali się na przejażdżkę rowerem wodnym. Pod wieczór "zeszłoroczna" obsada zaczęła wydawać placki kartoflane, a w międzyczasie KO-wcy zorganizowali scenki. Pozostały czas do odprawy zleciał nam na czasie wolnym. Po odprawie najprawdopodobniej będziemy zmierzali w objęcia Morfeusza.

Dzień szósty.

Dziś pobudka była o godzinie 8:00. Następnie odbyła się nietypowa rozgrzewka bo po bardzo krótkim rozciąganiu poszliśmy wspólnie po drewno do lasu gdyż w nocy wartownicy dużo wypalili. Podobno był taki ogień, że aż ludzie w sąsiednich namiotach i campingach zapragnęli podsmażyć sobie kiełbaski. Gdy napotkali się z odmową to rozkręcili muzykę na cały regulator co spowodowało natychmiastową interwencję terapeuty, a następnie pani z biura Bora Camp. Na śniadanie pyszna owsianeczka. Podczas posiłku Budowlaniec tuczył cukrem pszczołę na mięso tak mocno, że nie była w stanie się poderwać w górę. Dalej odbyła się społeczność główna, na której trzech kolegów zaprezentowało się wokalnie podczas przejścia na domowników. Po społeczności głównej w większości poszliśmy na spacer leśnymi ścieżkami, którymi prowadził nas Trutka . Jak się okazało po nie długim czasie stracił orientację w terenie aczkolwiek co do niego niepodobne - przyznał się do tego. W krótkiej chwili ponownie podjął trop i niebawem znaleźliśmy się na terenie naszego obozowiska. Ponowne wyjście po drewno i nastała pora zupy ogórkowej. Po posiłku wysłano ekipę do sklepu na drobne zakupy, a reszta miała dobre półtorej godziny gier i zabaw do odprawy. Część osób kopała piłkę z Aniołkiem inni zaś pykali mecze w siatkówkę, a nieliczni postanowili popływać. Chwila na ogarnięcie się i siedzimy zebrani w kółeczku.

Dzień siódmy.

Pobudka i śniadanko, które od dwóch dni jest punktualne. Dalej jak zwykle przed wypłynięciem pakowanie się, składanie namiotów oraz sprzątanie obozowiska. Gdy wszystko ogarnęliśmy zwodowaliśmy kajaczki i już gotowi do podróży na ostatnie obozowisko. Droga przebiegała spokojnie. Niektórych dziwił wsteczny bieg pary Budowlaniec i Motylek, którzy robili postoje na zbieranie grzybów. Dzięki temu Budowlaniec dostał na chrzcie przydomek "Sikający Grzyb". Na miejscu czekał na nas już obiadek, po którym odbył się chrzest. To wydarzenie sprawiło nam wiele frajdy, a najwięcej kiedy pokłóci pokrzywami, brudni od błota z bolącymi stopami od biegu po szyszkach i piekącym tyłkiem od klapsa z wiosła dopadliśmy parę neofitów i załatwiliśmy ich tak samo. Wszyscy spłukaliśmy się w jeziorze i do wieczora czas wolny zajęliśmy siatko-nogą i siatkówką. Przed pysznymi gołąbkami odbyła się odprawa. Wszyscy czekamy do jutra na szalony rejs motorówką.

Dzień ósmy.

Wstaliśmy raczej w dobrych humorach chociaż niektórym śnią się wiosła, wzburzone jeziora albo Marcin. Poranna rozgrzewka postawiła na nogi wszystkich, którzy w niej uczestniczyli. Po powrocie z rozgrzewki na obozowisko zjedliśmy owsiankę i została wezwana społeczność interwencyjna, na której "Kierownik SOM-u" został zdegradowany z funkcji, a jego miejsce zajął Dziobak. W godzinnym odstępie wypłynęliśmy w dwóch grupach do miejsca, w którym czekała na nas motorówka. Wszyscy z drobnym niepokojem czekali na swoją kolej, aby wsiąść do pontonu zaczepionego na około 15 metrowej lince do motorówki. Jeden rejs trwał około 15 minut. Przygoda polegała na podskakiwaniu pontonem na falach wywołanych od pędu motorówki. Zdarzało się, że ludzie wypadali gdy ponton podskakiwał na wysokich falach. Ekstremalne przeżycia, silne emocje, dużo adrenaliny i mega radocha! Po kilku godzinach szaleństwa trzeba było wracać. Niestety pontony z wypożyczalni nie wytrzymały i uległy uszkodzeniu - niestety 7 osobom nie dane było doświadczyć adrenaliny szorowania pontonem po wzburzonym jeziorze od fal wywołanych przez motorówkę. Po powrocie na obozowisko zjedliśmy zupkę i usmażyliśmy kiełbaskę na ognisku. Po obiedzie 25 osób popłynęło odprowadzić kajaki, a pozostali pakowali i sprzątali obozowisko. Około godziny 19 byliśmy już zapakowani w autokarze i ruszyliśmy do Dębowca. 

Podsumowując obóz myślę, że dla każdego była to wspaniała przygoda. Przygoda na trzeźwo z trzeźwymi znajomymi, która dała w kość zarówno pacjentom jak i terapeutom. Może nie wszyscy tak myślą, ale w głębi ducha wierzę, że każdy z upływem czasu będzie miło wspominał czas, który spędziliśmy na Pojezierzu Augustowskim.

Dziękuję.

Kronikarz Simi...